Strona w przebudowie, przepraszamy za utrudnienia...
www.czuwanie.chrystusowcy.pl
Home Rozmowy o migracji Rozmowa z Rektorem PMK w Anglii i Walii ks. Stefanem Wylężkiem - o brytyjskiej Polonii

Rozmowa z Rektorem PMK w Anglii i Walii ks. Stefanem Wylężkiem - o brytyjskiej Polonii

Rozmawia Jarosław Koźmiński
"Tydzień Polski" luty 2016

W polskim środowisku, szczególnie w Londynie, niewiele jest okazji, by zgromadzić wszystkich przedstawicieli brytyjskiej Polonii przy wspólnym stole. Raz w roku taką szansę daje "opłatek rektorski". Tradycyjne łamanie się chlebem i wzajemne życzenia to zarazem czas na coroczne podsumowania: jak organizujemy się obecnie, jacy ludzie reprezentują poszczególne środowiska, jaka jest ta nasza polska grupa... No właśnie: jaka ona jest?

- Jednym zdaniem? To grupa ludzi, którzy dobrze czują się razem, tworzą pewne relacje i wartości, które ich łączą.

Polska Misja Katolicka to część tej grupy, jeden z jej najważniejszych filarów...

- PMK obecna jest w środowisku polskim poprzez swoje parafie - mamy ich blisko 90 - ale trzeba wiedzieć, że msza święta w języku polskim odprawiana jest regularnie w 217 miejscowościach, to są takie nasze filie czy punkty oparcia. Oczywiście bazą jest ośrodek na Devonii, jednakże w samym Londynie mamy 17 parafii, a mówiąc językiem prawnym: 17 lokalnych Polskich Misji Katolickich.

Przybywając do Londynu w 2010 roku zastałem zwyczajową sytuację, że w ostatni czwartek stycznia odbywa się opłatek rektorski - ostatni opłatkiem w środowisku. My mamy stałą listę zapraszanych na ten dzień, ale co roku dopisujemy też nowe osoby wyróżniające się pracą na rzecz środowiska. Spotkanie świąteczne wykazuje pewną więź, a dzielenie opłatka łączy ludzi.

Może nie zawsze na co dzień mamy wszyscy do siebie sympatię... (uśmiech), ale wiemy, że takie spotkanie jest ważne, bo cementuje, buduje pewną wspólnotę.

Wróćmy jeszcze do początkowego tematu. Spotkania opłatkowe pozwalają nam "przejrzeć" własne szeregi. Stają się okazją, abyśmy patrząc z różnych perspektyw ocenili, co dzisiaj jest wartością i siłą środowiskową... Jacy są dziś brytyjscy Polacy?

- Kiedy przyjechałem do Londynu takim miejscem centralnym było Zjednoczenie Polskie gromadzące niemal wszystkie organizacje. Ale to jest na płaszczyźnie instytucjonalnej, bo są też w środowisku mniej formalne działania. Dla przykładu, kiedy ostatnio była na Wyspach akcja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, skontaktowano się ze mną. Wiadomo, że nie jest to akcja, w którą bezpośrednio angażuje się Polska Misja Katolicka, ale to nie znaczy, że człowiek, który chce się włączyć w dzieło (zresztą jakiekolwiek) - ma nie mieć do tego prawa. Stali więc przed kościołami woluntariusze, którzy mieli zezwolenie i zbierali datki na swoją akcję. Pisały potem do mnie osoby z pretensją: dlaczego wydałem takie zezwolenie? Proszę zrozumieć, że nie wszyscy się do takiej akcji muszą przyłączyć, to indywidualna decyzja, ale dlaczego Kościół ma pozbawiać możliwości takiego dołączenia...

O tym mówił Paweł VI - ta sama wiara może być źródłem różnego zaangażowania społecznego, a wszyscy jesteśmy w jednym Kościele.

I taka jest rola parafii, żeby łączyć wszystkie wrażliwości i potrzeby jakimi one są; nikogo nie odrzucać, ale dać miejsce do rozmów. Natomiast "konflikt" jest w każdej społeczności, to zupełnie normalne zjawisko socjologiczne.

A wracając do sedna Pańskiego pytania, to warto aby osoby przewodniczące grupom społecznym uświadamiały sobie, że nasza obecność w Wielkiej Brytanii nie przekłada się na znaczenie społeczne i wagę polityczną Polaków w życiu tego kraju. Dla przykładu: są wybory na burmistrza stolicy i my jako społeczność polska w Londynie (liczona na 150-180 tysięcy) nie mamy odpowiedniego przełożenia, by liczono się z nami jako grupą, która mogłaby mieć wpływ na decyzje w tym mieście.

Pytanie zatem: Co robić? I kto?

- Bronię Polskiej Misji Katolickiej przed zaangażowaniem w te sprawy. Nie taka nasza rola. Na tym poziomie mają się angażować polskie organizacje społeczne. Indywidualnie też każdy z nas ma prawo głosu.

Dla mnie osobiście polityka to nie jest kwestia władzy tylko troska o dobro wspólne, troska która może mieć różne wymiary. Taka jest klasyczna definicja Arystotelesa. Mamy dużo organizacji społecznych, powinniśmy się jako Polacy lepiej zorganizować - zresztą nie raz pisano na ten temat w "Tygodniu Polskim".

Mieszkamy w wielokulturowym kraju. Społeczności, które tu funkcjonują, korzystają z możliwości danych przez państwo, mogą dzięki temu bronić swej etnicznej tożsamości i robią to. Jak jest w naszym środowisku i jego organizacjach sam Pan wie dobrze. Ale nie jest to temat naszej rozmowy.

Posłużę się i ja definicją Arystotelesa, który powiedział, że całość nie jest tylko sumą części... Mam wrażenie, że Polacy na Wyspach to hasło bez pokrycia, jesteśmy rozdrobnieni, zatomizowani, nie ma ducha wspólnego. Według stereotypowej opinii: łączymy się w ważnych chwilach dziejowych, momentach przełomowych, gorzej z solidarnością na co dzień...

- I tak, i nie. Bo mogę powiedzieć o solidarności Polaków w różnych okolicznościach. To wychodzi spontanicznie - kiedy była wielka powódź na Filipinach, ludzie prosili, żeby zorganizować akcję. I ku powszechnemu zdumieniu zebraliśmy prawie 20 tys. funtów! Podobny ruch zrobiliśmy wspólnie ze Zjednoczeniem Polek, spiesząc z pomocą powodzianom w Polsce. Przeprowadziliśmy zbiórki w parafiach. Był wielki odzew i wsparcie! Pojechaliśmy wówczas z panią Heleną Miziniak do zniszczonego powodzią Domu Dzieci Niepełnosprawnych w Sandomierzu. Opublikowaliśmy informacje w "Dzienniku Polskim", aby wszyscy darczyńcy wiedzieli na jaki cel posłużyły zebrane pieniądze. Naszym założeniem było, aby nie rozpraszać się, aby razem prowadzona akcja i zebrane pieniądze posłużyły jednej sprawie.

Pamiętam, że była wówczas organizacja emigracyjna, która nie dołączyła do wspólnoty...

- Cóż, zawsze są jakieś odpryski i na to nic nie poradzimy.

Wracając do tematu "solidarności polskiej", to - historycznie biorąc - Polacy przyjechali na Wyspy po wojnie, ale swe najlepsze lata wspólnoty polskie miały dopiero po jakimś czasie, tak w latach sześćdziesiątych. Ludzie potrzebowali czasu, żeby okrzepnąć.

Kiedy więc popatrzymy na emigrację 2004 roku, to ci ludzie też są jeszcze w okresie krzepnięcia. Jedni zapuścili korzenie i jako Polacy chcą tu zostać, więc ich dzieci idą do szkoły polskiej, inni chcą żyć inaczej ? stawiają na asymilację. Są i tacy, którzy mówią: Myśmy tu nie przyjechali, aby się angażować, przyjechaliśmy, żeby zarobić i wrócić do domu, do kraju.

Nasza obecność na Wyspach jest więc socjologicznie bardzo różnorodna.

Tak samo jak w Kościele. Ci wszyscy ludzie w Polsce, którzy byli związani z Kościołem w różnych formach grup modlitewnych byli zaangażowani. Czy angażują się tutaj? Jak w każdej społeczności, tak i w Kościele jest pewna grupa ludzi, których ciągnie do pracy, ale są też i ci bierni. Zna Pan to przecież...

Ja często mówię, że ci którzy nie mieli nawyku czytać gazet w Polsce, tym bardziej nie mają tego nawyku tutaj... Nieważne czy za gazetę trzeba płacić. Często nawet nie chce się sięgnąć po tę darmową.

- Niedawno wizytowałem Boston, Spalding i Skegness (diecezja Nottingham). Pojechałem tam w połowie stycznia i wszędzie były spotkania opłatkowe. To nowe parafie. Po mszy świętej na opłatkowe spotkanie zostało może dziesięć procent ludzi. Reszta poszła do domów. To znaczy, że ta społeczność odnajduje siebie w eucharystii w Kościele, ale jeszcze nie odnajduje się ...sama w sobie. Potrzeba im jeszcze czasu.

Na swój sposób podobnie jest także w Polsce, szczególnie na tzw. Ziemiach Zachodnich, na terenach popegeerowskich mamy sytuację, że księża skarżą się na niską frekwencję. Rozmawiałem kiedyś z księdzem z parafii w Koszalinie, gdzie budowanie integracji wciąż trwa. A przecież mijają już trzy pokolenia...

Znam dobrze Pomorze Zachodnie, jeszcze jako licealista zaangażowałem się w Spis Powszechny i spędziłem kilka dni w małych wioseczkach chodząc od domu do domu. Było czterdzieści lat po wojnie, a w tych domostwach wciąż obecne były ślady pierwotnych niemieckich gospodarzy, nawet w postaci białych ręczników kuchennych z wyszytym na niebiesko napisem: Grüß Gott...

- A przecież to już co najmniej trzecie pokolenie tam mieszkających Polaków...

U nas na Wyspach dojrzewa powoli rośnie pokolenie dzieci urodzonych po 2004 r. Wkrótce będą przystępować do pierwszej komunii świętej. Razem z dziećmi przychodzą także rodzice, którzy często byli daleko od Kościoła, ale dziś są tu i chcą, aby włączyć ich w proces przygotowania, chcą być częścią wspólnoty. Problemem jest fakt, że ludzie są sobie anonimowi. Przychodzą do kościoła, ale nie tworzą społeczności.

Jesteśmy rozproszeni, a przez to bezimienni i sobie obcy...

- Dzisiaj do kościołów przychodzi ok. 15 procent ogółu Polaków na Wyspach. Podobnie procentowo jest z dziećmi w polskich szkołach.

PMK i PMS troszczą się, żeby pokolenie tych dzieci nie było stracone kulturowo, więc bardzo ważne jest, aby docierać do rodziców. Dla przykładu sześć lat temu Dzień Dziecka w Laxton Hall był imprezą o niewielkiej skali. Pojawiały się nawet głosy, aby to zakończyć, że za dużo wysiłku. Mimo wszystko zdecydowałem, że będziemy organizować dalej ...i w ubiegłym roku mieliśmy ponad trzy tysiące gości. Ta liczba sama mówi za siebie. Zrobiła nam się wielka impreza, zaangażowana jest i Misja, i Macierz. W ubiegłym roku była z wizytą minister szkolnictwa pani Joanna Kluzik Rostkowska. Widziała rozmach i skalę tego przedsięwzięcia. Z tej perspektywy łatwiej było prosić ministerstwo o materiały, książki dla szkół, o pomoc dla nauczycieli.

Pracujemy dla Polski wspólnie. Wiara nie jest zawieszona w powietrzu, nie jest abstrakcyjna i musi się wyrażać w tym czym człowiek żyje. Jan Paweł II mówił nam zawsze, że wiara musi stać się kulturą, inaczej stanie się martwa. Nie możemy uciekać od problemu. Róbmy coś, co dotyczy naszej tu obecności.

Środowisko zawsze dumne było ze swoich działań zawartych w haśle: Polsce i wolnym Polakom na pożytek. Ale dziś trzeba je przewartościować.

- Starsza emigracja wspomina, że jak tworzyły się parafie, to wszystko opierało się na pracy społecznej. Okres PRL-u w kraju oduczył społecznego zaangażowania kilka pokoleń Polaków.

Czasami spotykam się ze stwierdzeniem, że Polacy którzy przyjechali po 2004 roku przyszli "do gotowego". Nie zgadzam się z tym. Oni przyjechali tu szukając pracy i szansy na godny byt. Z czasem chcieli się włączyć w życie społeczne wykorzystując, podtrzymując to, co zostało stworzone i dziś wymaga dalszej opieki, aby nadal trwało.

Cały czas przez naszą rozmowę przewija się wątek: nowi -dawni...

- Co stanowi o tym, że my obaj jesteśmy Polakami tu w obcym kraju? Łączy nas wspólna kultura, dziedzictwo. To we współczesnym świecie więzy silniejsze, aniżeli przynależność terytorialna. W dzisiejszych czasach ludzie są mobilni, przeprowadzają się z miejsca na miejsce, z różnych powodów przenoszą się do innej miejscowości czy miasta, albo nawet kraju.

Oczywiście zawsze pozostaje emocjonalne odniesienie do ojczystego kraju. Jednak żyjemy tutaj. Musimy również się odnaleźć w tutejszych warunkach. To złożony proces, wielotorowa droga...

A gdzie polscy ludzie sukcesu dający kierunki? gdzie wzorce osobowe? kto podpowie jak budować swoją przyszłość? Dziś Polacy oglądają się na Kościół, ambasadę...

- Na obczyźnie ludzie bardzo potrzebują wsparcia Kościoła - w wielu kwestiach, nie tylko tych religijnych. Oczywiście zawsze pierwszoplanowa jest troska o wiarę, ale Kościół musi żyć ze środowiskiem, znać jego problemy, potrzeby i oczekiwania. I reagować na nie.

Dam przykład. Niedawno odwiedził mnie pan Jan Żyliński, który przedstawił się jako kandydat na urząd burmistrza Londynu - chodziło o możliwość dotarcia do Polaków gromadzących się w parafiach. Moja odpowiedź jako rektora była oczywista: Polska Misja Katolicka nie poprze personalnie żadnego kandydata do tego czy innego urzędu, natomiast będziemy zachęcać do aktywności społecznej i obywatelskiej.

Wystarczy skontaktować się z proboszczem i jeżeli będzie wolna w danym terminie jakaś sala, to nic nie stoi na przeszkodzie, by urządzić takie spotkanie. Oczywiście nie będzie to spotkanie parafialne, ale wydarzenie, na które zaprasza organizator (choćby właśnie pan Żyliński). Bo ważne jest, by ludzie mieli swoje miejsce spotkań. Temu parafie także służą. Spotkania, odczyty, zebrania, koncerty... to wszystko jest polskim środowiskom potrzebne.

Parafia jest wspólnotą wiary, ale nie zatrzymuje się wyłącznie na tym, że sprawuje liturgię, ta wspólnota wiary żyje wszystkim co do eucharystii prowadzi i co z niej wynika. Wszystkie spotkania, potem konsekwencje charytatywne, zaangażowanie itd.

Nie ograniczamy się tylko do niedzielnej mszy świętej, to byłby jakiś fakt wyizolowany, który nie ma przełożenia na życie ludzi. Kościół jest otwarty. Ma wobec wspólnot rolę służebną.

Źródło: Tydzień Polski

Za: Wspólnota Polska / luty 2016