Strona w przebudowie, przepraszamy za utrudnienia...
www.czuwanie.chrystusowcy.pl

Jasnogórska Noc Czuwania za emigrację - 19/20 X 2018 ZAPRASZAMY!

Home Rozmowy o migracji Rozmowa z ks. inf. Stanisławem Jeżem - rektorem Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu

Rozmowa z ks. inf. Stanisławem Jeżem - rektorem Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu

ks-stanislaw-jezTygodnik "NIEDZIELA" nr 45/2014

O wielkiej emigracji związanej z powstaniami, o współczesnej emigracji i znakach nadziei we francuskim Kościele i społeczeństwie z ks. inf. Stanisławem Jeżem - rektorem Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu - rozmawia ks. Marek Łuczak

KS. MAREK ŁUCZAK: - W dużych miastach Europy, również we Francji, można spotkać się z następującą sytuacją: wokół niektórych kościołów gromadzą się Polacy, tam wymieniają informacje, dzielą się doświadczeniami. Czy z takiego obrazu możemy odczytać coś więcej niż tylko dbałość o komunikację emigrantów?

KS. INF. STANISŁAW JEŻ: - Niewątpliwie należy tu widzieć pewien symbol. Pomijając język teologiczny, według którego Kościół jest rodziną dzieci Bożych, można się tu posłużyć językiem socjologii. Ta dziedzina podpowie nam, że żadna instytucja nie przyczynia się do integracji społeczeństw w takim stopniu, jak właśnie Kościół, który obejmuje w sposób integralny całego człowieka. O tym myśleli zresztą założyciele Polskiej Misji Katolickiej, kiedy na mapie Europy nie było Polski. Chcieli oni wówczas z jednej strony objąć emigranta troską duszpasterską, a z drugiej - walczyć na nowo o wolność Ojczyzny właśnie w ten sposób, że emigrant miał być wzmocniony całościowo: i w kwestii wiary, i w kwestii wykształcenia czy kondycji ducha. Wielka emigracja zrodziła się po powstaniu listopadowym, a potem po powstaniu styczniowym. Osoby świeckie dały początek instytucjom, które zakładały integralną koncepcję człowieka. Ważna więc była troska duszpasterska, ale w nie mniejszym stopniu polska biblioteka, szkoła, zakład św. Kazimierza. To miało służyć ludziom, którzy stracili wszystko z powodu zawłaszczającej polityki cara. Założyli nawet stowarzyszenie opiekujące się polskimi pamiątkami czy grobami tu, we Francji. My jesteśmy ich spadkobiercami i próbujemy się inspirować ich działalnością.

- Można powiedzieć, że wchodzicie w wielką tradycję tej historycznej emigracji. Polacy wyjeżdżali do Francji w różnych okresach i na pewno te fale różniły się między sobą.

- Różnice są ogromne. Pierwsza emigracja miała głównie charakter patriotyczny, walczyła o wolną Polskę i z tego powodu straciła wszystko. Zamiast na Syberii, znalazła się w Paryżu, do którego zdążyła uciec. Nad Sekwaną Polacy walczyli o wolność, także przygotowując ideologiczny grunt. Ludzie świeccy postarali się o to, by znaleźć między sobą kandydatów do kapłaństwa czy do zakonu - w ten sposób pojawili się tutaj Księża Zmartwychwstańcy.

Potem przyszła emigracja międzywojenna. Francja była wykrwawiona przez I wojnę światową, podczas której zginęło ponad 10 mln Francuzów. Potrzeba było wówczas rąk do pracy i ponad pół miliona naszych rodaków znalazło się we Francji - pracowali głównie w kopalniach i w przemyśle ciężkim, jak również na roli. Była to więc emigracja zarobkowa. Nie można zapomnieć, że część z tej emigracji nie przybyła z Polski, tylko z Westfalii, gdzie ludzie mieli do wyboru: albo stać się obywatelami niemieckimi, albo opuścić kraj. Przybyło wtedy 200 tys. emigrantów. Byli oni już zorganizowani; przyjechali ze swoimi strukturami, sztandarami, ze swoim całkowicie uporządkowanym życiem społecznym, począwszy od rzeźnika, a skończywszy na nauczycielu itd. W niektórych wioskach było tak, że większość mieszkańców wcale nie stanowili Francuzi, lecz nasi rodacy. Oczywiście, niemal w pierwszej kolejności prosili o księdza, domagali się duszpasterstwa, postarali się nawet, żeby kopalnie płaciły księżom pensje, żeby na czele wspólnoty mieć właśnie duchowego przewodnika.

Następna fala emigracji to okres wojenny. Polacy przebywali tu przejściowo, a potem wyjechali do Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii. To byli żołnierze, którzy znaleźli się na ziemi francuskiej. Niewielka ich część została we Francji.

Emigracja odnowiła się na nowo w okresie "Solidarności" i stanu wojennego. W samym Paryżu wraz z tzw. regionem paryskim znalazło się ok. 40 tys. osób.

Po naszym wstąpieniu do Unii Europejskiej sytuacja zmieniła się całkowicie. Niepotrzebne są już wizy, a nawet paszporty, więc przyjazdy i odjazdy naszych rodaków trwają niemal nieustannie. Mamy do czynienia z ich ciągłym przemieszczaniem się. Podam znaczący przykład: 25 lat temu, gdy przybyłem do Polskiej Misji Katolickiej, w Paryżu był jeden ośrodek duszpasterski, a w tej chwili jest ich 6. Są większe i mniejsze, ale we wszystkich gromadzą się nasi rodacy.

- Jakie są najważniejsze problemy współczesnej emigracji?

- Współczesna emigracja bardzo różni się np. od tej z okresu wojennego. Mamy dziś do czynienia z inną mentalnością, zasadami etycznymi czy odmiennym nastawieniem do Polski. Dawniej łatwiej było zachować dwukulturowość. Niektóre wspólnoty były zdolne do tego, by utrzymać kapłana. Dzisiejsza emigracja już nie prosi o kapłana. Robią to nieraz francuscy biskupi, którzy widząc wielu Polaków przybyłych do ich diecezji, chcą im zagwarantować opiekę duszpasterską. Chodzi także o pracowników sezonowych, którzy nieraz 6 czy 8 miesięcy w ciągu roku pracują np. w sadach, przy zbieraniu owoców itd. Bardzo różnie jest zatem z tym naszym polskim katolicyzmem. Część emigrantów zostawia Boże przykazania na granicy, nawet jeżeli je zachowywali w Polsce.

Jednym z poważniejszych problemów jest płynność osób, które często nawet nie wiedzą, na jak długo przyjeżdżają. Ich głównym celem jest zarobek, nie myślą o innych sprawach. Są zagonione, bo chcą w jak najkrótszym czasie zarobić jak największą sumę pieniędzy.

Następnym problemem jest kondycja rodzin. Niektórzy pozostawiają swoich współmałżonków w Polsce, a tutaj pojawia się pokusa znalezienia sobie kogoś innego. Więzi rodzinne słabną. Na katechezie pojawiła się u nas duża liczba rodzin "sklejonych" ponownie. Chodzi o małżonków, którzy przeżywali kryzys, ale udało im się go pokonać. Bardzo często nasi rodacy ulegają wpływom tutejszego środowiska. Na początku gorszą się zastaną sytuacją, a później gorliwie naśladują wszystko, co tu się dzieje.

- Kiedyś słyszałem opinię arcybiskupa Brukseli, który z wielką nadzieją wypowiadał się na temat Polaków. Mówił, że ku zdumieniu Belgów w każdą niedzielę tłumy naszych przemierzają ulice w drodze do kościoła. Czy religijność Polaków wpływa jakoś na Francuzów?

- Na pewno Polacy są bardziej praktykujący od Francuzów. Musimy być jednak świadomi, że mamy tu do czynienia z 15 proc. uczestników niedzielnej Mszy św. - może liczba ta dochodzi do 20 proc. To robi wrażenie. Przy placu Concorde np. jest kościół Matki Bożej Wniebowzięcia - główna parafia. Na Mszę św. przychodzi tam ponad 4 tys. wiernych, a świątynia nie jest duża, nabożeństwa są odprawiane od rana do wieczora, Francuzi mają więc wrażenie, że ten kościół jest oblężony. W parafii św. Genowefy na samej katechezie jest ponad 500 dzieci, więc to też robi wrażenie. Do tego dochodzą polskie parafie pod Paryżem. Nasi duszpasterze są zaangażowani w dwóch wspólnotach: francuskiej i polskiej.

- I na koniec może kilka słów na temat znaków nadziei w Kościele francuskim czy we francuskim społeczeństwie, jeśli chodzi o odrodzenie wiary.

- Jestem w Paryżu w środowisku polskim już od 28 lat - przedtem byłem w środowisku francuskim i międzynarodowym - więc widzę ogromną ewolucję, szczególnie od czasów kard. Jeana-Marie Lustigera, który był wielkim człowiekiem, gorliwym kapłanem, arcybiskupem i kardynałem. Tutaj, w Paryżu, założył szkołę katedralną, która w tej chwili liczy kilka tysięcy świeckich studiujących filozofię i teologię i stanowi swego rodzaju centrum kultury. Następnie założył tygodnik katolicki, radio Notre Dame, telewizję KTO - katolicką, a oprócz tego jest bardzo dużo ruchów charyzmatycznych, którym kard. Lustiger powierzał odradzające się wspólnoty. Obecny arcybiskup Paryża kard. André Vingt-Trois czyni podobnie. Niektóre parafie, przedtem prawie że wegetujące, teraz są bardzo żywotne i przyciągają setki ludzi. Oczywiście, jest różnica między dzielnicami, gdzie są emigranci, szczególnie muzułmanie, a tymi, gdzie są Francuzi. Powstała parafia, w której są muzułmanie, którzy przeszli na chrześcijaństwo. Co roku w samym Paryżu jest chrzczonych kilkaset osób, a we Francji kilka tysięcy osób - do 5 tys. dorosłych. To jest ten nowy ruch ludzi, którzy przychodzą znikąd, tzn. albo z ateizmu, albo z innych religii: buddyzmu, judaizmu czy islamu, chociaż o tym nie można głośno mówić z tego względu, że istnieje problem tzw. fatwy i wiąże się z tym niebezpieczeństwo prześladowania nawet we Francji tych, którzy przeszli na chrześcijaństwo. Jest bardzo dużo znaków tego odrodzenia, w niektórych diecezjach są też powołania kapłańskie. Ostatnio diecezja Versailles wyświęciła dwudziestu kilku kapłanów, a we Francji święci się ich co roku ponad 100. To nie jest duża liczba, ale jest. Pamiętam, że kard. Lustiger prowadził noce modlitwy o powołania i wtedy w Paryżu bardzo wzrosła liczba powołań kapłańskich i zakonnych. Tak się dzieje w niektórych diecezjach. Kościół, który się modli, to Kościół, który żyje.

- Czy mógłby Ksiądz Infułat powiedzieć o oddolnych ruchach? Tych dotyczących np. obrony rodziny, które były inicjowane niekoniecznie przez Kościół, ale jednak było to dość znaczące w ostatnich latach.

- W ostatnich latach francuskie społeczeństwo budzi się, szczególnie młodzi ludzie, którzy pragną, żeby bazą społeczeństwa była rodzina monogamiczna, w kontekście gdy właśnie muzułmanie robią, co chcą, i żeby ten ideał antropologiczny, chrześcijański został zachowany w społeczeństwie - występują przeciw tym wszystkim propozycjom czy też prawom, które są bezprawiem w stosunku do koncepcji małżeństwa czy rodziny itd. Sam uczestniczyłem w kilku manifestacjach, podczas których na ulicach Paryża było 1,3 mln czy 1,4 mln ludzi. To świadczy o tym, że społeczeństwo budzi się do życia, że ważny jest model rodziny: "Tata, mama + dzieci", a nie ideologia genderyzmu czy jakaś nowa koncepcja społeczeństwa.